< Miód- Dar pszczelarzy z Małopolski
14.04.2010 22:09

Bóg działa urokiem

Ojciec Joachim Badeni, dominikanin


© Agencja Gazeta

Artur Sporniak 
i
 Jan Strzałka


wyjątki z artykułu w Tygodniku Powszechnym:


Słynie z dowcipu i ciętego języka, cieszy się sławą znakomitego duszpasterza, znawcy mistyki chrześcijańskiej i buddyzmu zen. Kiedyś był spadkobiercą magnackiej fortuny, dziś nie posiada nic. Kiedy niedawno przeprowadzał się do nowej celi, westchnął: urodziłem się jako hrabia, żyłem jak chłop i umieram jak hrabia. 


Urodził się w Brukseli w r. 1912. Był jedynym dzieckiem Ludwika Badeniego i szwedzkiej arystokratki Alicji Ancarcrona.

W Żywcu zamieszkał w roku 1920.

Młody Kazimierz Badeni po maturze w Żywcu rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do studiów przykładał się niezbyt pilnie. Jako młodzieniec nigdy jednak nie zaniedbywał Boga i Kościoła, bo: „Do kościoła nie chodzili tylko Żydzi i komuniści, a wśród młodych panował szpan religijny”. 

Rok przed wojną wydarzyło się w jego życiu coś prostego, a niepojętego. „Było to we Lwowie. Idę wieczorem do knajpy i niespodziewanie ktoś łagodnie kładzie mi rękę na plecach, rozglądam się: wokół pusto. A czuję, że dotyka mnie Matka, delikatnie wskazując drogę. Idę posłusznie tam, gdzie Ona każe. Dochodzę do kościoła dominikanów, przed nim widzę figurę Matki Boskiej z Lourdes, fundowaną przez moją ciotkę”. Badeni zastał świątynię zamkniętą, ale na drugi dzień powrócił w to samo miejsce. Trafił na moment, w którym zakonnicy odmawiali różaniec. Podczas nabożeństwa przysnął, a kiedy się ocknął, ujrzał Hostię w monstrancji, lecz w istocie zobaczył ciało i krew. Był wstrząśnięty dotknięciem Maryi, ogarnął go głód Eucharystii, nieustannie przystępował do Komunii. Minęło kilkadziesiąt lat, a on nadal czuje Jej macierzyński, a zarazem dziewiczy dotyk. „Maryja chciała mnie ocalić przed dalszym błądzeniem – wspomina ojciec Joachim. – Nie wiem, co stałoby się ze mną podczas wojny i po jej zakończeniu, gdyby nie Ona. Chyba przepadłbym moralnie”. 



Latem 1939 r. Kazimierz był w Szwecji. Postanowił wrócić do Polski. Po klęsce wrześniowej uciekł przez Rumunię do Francji. W Anglii wstąpił do Brygady Strzelców Podhalańskich i walczył pod Narwikiem. Po klęsce Francji ucieka do Marsylii, a stamtąd do Casablanki i Oranu, bo to wówczas najkrótsza droga do Anglii. Wojna skończyła się dla niego w 1944 – za furtą klasztoru dominikańskiego w Anglii. W nowicjacie miał się opiekować zniedołężniałym mnichem, lecz nie mogąc znieść jego przykrego zapachu, posługiwał mu w... masce gazowej. Po obłóczynach i zaliczeniu filozofii w 1947 roku wrócił do Polski. Dokończył studia teologiczne i przyjął święcenia kapłańskie.

 

Był również duszpasterzem akademickim w Poznaniu. Niewiele jednak brakowało, by poszukujący swojej drogi życiowej młodzi ludzie na zawsze stracili kontakt z o. Badenim, gdyż ten po kilku latach pracy duszpasterskiej postanowił wstąpić do kamedułów. Zamierzał całkowicie oddać się kontemplacji. 
Po ośmiu miesiącach wrócił jednak do dominikanów. 
W Poznaniu o. Joachim prowadził studenckie kółko tomistyczne, które cieszyło się dużym powodzeniem. Lektura Eckharta wzbudziła w o. Badenim zainteresowanie zenem – Oni dążą do doskonałości w bezimiennej światłości, my zaś – do światłości w Panu. 
Co dał mu buddyzm? „Nic” – odpowiada z pokorą godną oświeconego. 

W latach 70. Badeni współpracował z o. Tomaszem Pawłowskim, twórcą słynnego krakowskiego duszpasterstwa akademickiego „Beczka”. Początkowo przełożeni obawiali się śmiałego eksperymentu duszpasterskiego, ale o. Pawłowski postawił na swoim. „Mieliśmy różne charaktery: on znakomity organizator, ja wolałem działać »słowem«, przez pewien czas przezywali mnie nawet »guru«. Być może dlatego doskonale się uzupełnialiśmy” – wspomina o. Joachim. W połowie lat 70. przełożeni wyznaczyli mu funkcję duszpasterza we Wrocławiu. Tam w 1975 roku przeżył kolejną przygodę swojego życia: „Nagle... spada na mnie z sufitu totalny spokój. Doskonale to pamiętam, choć minęło już 27 lat. Ten spokój pozostał mi do dziś”. Zdaniem o. Badeniego był to tzw. chrzest w Duchu Świętym. Doświadczenie to przekonało go do Odnowy. Stał się cenionym przez ten ruch rekolekcjonistą.


*

Nie boi się śmierci, wiara pozwala mu myśleć o niej ze spokojem. 

 

 

 

 

TP Nr 44 (2782), 3 listopada 2002